sobota, 28 lutego 2015

Rockin' on Heaven's Door [k-movie]



Cóż za cudowny film. Cóż za ogrom wzruszeń. Tyle mądrości z niego wyniosłam... Dobra, bez pieprzenia. Jestem chyba jedną z nielicznych, ponieważ film nie wywarł na mnie aż takiego wrażenia. Produkcja jak milion innych, ale co z tego skoro jest Hongki, prawda? 


Chung-ui (Lee Hong-ki) to znana gwiazda popu z temperamentem. Po wdaniu się w bójkę z mężczyzną w klubie nocnym został zmuszony do prac społecznych w hospicjum dla nieuleczalnie chorych pacjentów, które ma zostać zamknięte. W trakcie pracy Chung-ui powoli godzi się ze swoimi problemami i jednocześnie pomaga pacjentom realizować ich marzenia. [źródło + film]

Takich filmów jest na pęczki i będzie ich powstawać pewnie jeszcze więcej. Scenariusz jest tak bardzo oklepany i przerobiony w każdy możliwy sposób przez innych reżyserów, że trudno było mnie zadziwić. Zaczynamy od niechęci do pomocy, trochę wzruszeń kiedy główny bohater liźnie odrobinę życiorysu innych bohaterów, śmierć mało ważnej osoby w obsadzie, potem powiedzmy że miłość i nawrócenie się, chęć pomocy, rozczarowanie głównej bohaterki głównym bohaterem, następnie mamy koncert i śmierć/śmierci kolejnych osób. Nuda, odrobina mało potrzebnego romantyzmu, a to wszystko w obliczu nieuchronnej śmierci. Gdzieś chyba już to grali. 

Widzę wszędzie zachwyt i pianie nad Lee Hongkim w tym filmie. Ale zastanówcie się i powiedzcie szczerze, ile takich filmów już oglądaliście? I czym on tak bardzo różni się od innych? Bo Lee Hongki? Jak dla mnie to aktor z niego nijaki (nie licząc świetnej roli Jeremiego w You're Beautiful - jednak roli głównej tam nie miał i coś wydaje mi się, że grał samego siebie; słodkie postaci mu pasują, nieco szalone) i postawienie na niego jako główną postać... miało przyciągnął przed ekrany same fanki, dziewczyneczki które płaczą przy każdej możliwej okazji. Ja już się na to  nie nabieram, za stara widocznie jestem. Za każdym razem kiedy widzę coś z Hongkim... to wygląda on tak samo, gra tak samo, ma stały wyraz różnych min. Zero talentu. Lubię słodziaka, jednak niech on się zajmie muzykowaniem, albo malowaniem paznokci (fakt, to było złośliwe). 

Cała muzyczność tego filmu polegała na jednej piosence i aż dziw, że wyszedł im z tego koncert. Może dlatego ludziska krzyczeli "bis", bo jeden utwór to chyba mało? Aktorsko wszyscy grali lepiej niż Hongki. Pokazane historie ani ziębiły, ani grzały. Po prostu kolejna nudna pozycja. Nie dla mnie. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz