sobota, 30 sierpnia 2014

HA:TFELT (Ye Eun) - Me? [1st mini-album]

Tak na dobrą sprawę, możemy mówić już o rozpadzie Wonder Girls. Jedna postanowiła założyć rodzinę - i bardzo dobrze! - jedna postanowiła nie przedłużać kontraktu. Jak dla mnie zespół miał zbyt krzykliwą muzykę, albo wręcz przeciwnie ociekającą słodyczą. Nie można równocześnie odmówić sporego wkładu w ówczesny k-pop. Nie o tym jednak. 

Jedna z członkiń - Ye Eun - wydała solowy mini-album. I jestem tym krążkiem oczarowana! Dawno nic mnie tak pozytywnie nie zaskoczyło jeśli chodzi o kobitki, nie licząc Kahi i jej ostatniego albumu, w którym się zakochałam od pierwszego do ostatniego utworu. Tutaj jest tak samo. Może jestem mało obiektywna, w sumie mam prawo - nie wszystko musi się podobać wszystkim, prawda? Każdy ma swój gust, a ja właśnie trafiłam na perełkę. Perełkę dla mnie. Idealny styl muzyczny, w którym się doskonale odnajduję. 

Co najlepsze, krążek jest bardzo zgrany. Lawiruje między różnymi stylami, wprowadzając nawet typowo imprezowy klimat, wszystko jednak w granicach dobrego smaku. Jest tajemniczo, bardzo mrocznie wizualnie. Odpływam, kiedy słucham głosu Ye Eun, nie spodziewałam się że będzie aż tak dobry. Szczególnie przekonują występy z programów muzycznych, gdzie wokal wybija się na pierwszy plan, podczas gdy taniec nieco zwalnia - no dobra, nie ma go wcale. 

Zaczynamy spokojnie, z dobrze dograną sekcją perkusji. Iron Girl świetnie pasuje na utwór początkowy. Wokal jest dobry, piosenka ładnie zagrana i nawet jeśli zwiastuje tajemniczość, ponurość całego albumu to nie pokazuje całego potencjału. Dobrze, to dobrze. Stopniujemy przyjemność słuchania. Truth jest utworem, który nie może wypaść z mojej głowy. Takie to niespokojne, czarne, przepełnione bólem? - może, tekstu nie widziałam. Promujące się Ain't Nobody jest perełką. Pięknie wykonanym klipem i taką samą melodią. Tutaj wchodzimy już w nieco więcej elektroniki, która jednak nie kłóci się z emocjonalnym przesłaniem. I ten chaotyczny, pełen wyrazu taniec! Bond powstał przy featuringu z Beenzino.W tle słyszymy faktycznie podkład do filmów o Bondzie - co przypomina mi, że jak wróci mój facet bierzemy się ponownie za angielskiego agenta, ponieważ jesteśmy w połowie serii filmów o nim. I ta piosenka ma coś w sobie. Nie odrzuca, ma ciekawy klimat. Wherever Together przy minimalnej obróbce mogłoby z powodzeniem pojawiać się w klubach. Jest niezwykle zwykłe. Niby takie małe nic, bo to dość klasyczna imprezowa nuta, ale nawet i to podoba mi się. Dalsza część albumu to nieco zwolnione tempo. Peter Pan jest średniaczkiem na płycie. Ładnie zaśpiewane, słodkim głosikiem. Tutaj szału nie ma. Nothing Lasts Forever jest natomiast idealnym zwieńczeniem całego krążka. Po ostatnim utworze spodziewałam się oczywiście rzewnej ballady, nie spodziewałam się natomiast, że ta będzie tak dobra. Wiecie, gdzie bym widziała ten utwór? Jako przewodzący jakiemuś hamerykańskiemu filmowi romantycznemu, pasuje idealnie. I to nie jest przytyk! Taki Zmierzch miał naprawdę świetną ścieżkę dźwiękową. 

O całości mogę powiedzieć, że to dosłownie emocjonalna bomba. Każdy utwór wzbudza ogromne emocje, wokal wznosi się to opada. Starano się zrobić coś wielce wyszukanego, z artystycznym polotem. Mnie przekonało bez dwóch zdań i wiem, że Koreańczyków chyba nie bardzo. Pewnie im się krążek podoba, jednak do ogromnej popularności jeszcze daleko. Taka muzyka mnie przekonuje jak najbardziej i oby więcej takiej na koreańskim rynku. Co jak co, ale śmiało można powiedzieć, że album jest na światowym poziomie, a to w k-popie nie zdarza się często. W ogóle bym nie pomyślała, że JYP zdecyduje się na wydanie albumu w takim stylu, który w żaden sposób nie przypomina zwykłego k-popu. Jestem pod wrażeniem, ogromnym. Taki wielki skok... kiczowate momentami Wonder Girls... i po drugiej stronie członkini tego zespołu, która wydaje tak dojrzały, uczuciowy krążek. Brawo! 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz