wtorek, 10 czerwca 2014

Ghost : In Your Arms Again [j-movie]




Liczyłam na porządne kino, które chociaż trochę zachwyci mnie jak oryginał, który oglądałam pierwszy raz jako gówniara razem z mamą, płacząc rzewnie nad każdą sceną. Niestety, zachwycać się nie ma czym i nie piszę tego jedynie przez wzgląd na pierwotną wersję, po prostu było słabo. 


Nanami Hoshino jest poważną Panią prezes jakiejśtam firmy. Poznaje koreańskiego artystę Kim Junho. Zakochują się w sobie. Trochę żyją razem. Biorą ślub. Podczas urodzin Nanami, kobietę potrąca motocyklista i ucieka z miejsca wypadku. Okazuje się, że jej śmierć nie była przypadkowa, a niebezpieczeństwo czyha również na jej ukochanego. Po śmierci kobieta nie idzie do Nieba/Piekła, a funkcjonuje jako duch oraz próbuje dawać znaki Junho. 

Żeby nie wyglądało identycznie z oryginałem, zrobiono z Nanami szefową firmy - czyli mamy spisek - i to ona ginie. Zacznijmy od tego, że nie sposób nie porównywać japońskiej wersji do amerykańskiej. Ta druga bowiem pokazuje mistrzostwo, a azjatycka niskiej klasy aktorstwo. Chyba dopiero teraz zauważyłam jak słabym aktorem jest Song Seung Hun, który próbując odtworzyć swoją postać, nie poruszył mnie w żadnym calu. Jego gra aktorska była tak bezpłciowa, jakby stracił psa a nie ukochaną. Swoją drogą ukochaną, z którą był ledwie rok. Patric Swayze i Demi Moore czarowali na ekranie, ich relacja była pełna pożądania, magii, czułości. W japońskim odpowiedniku nie czuło się tego. Zupełnie. Z bólem serca i oczu patrzyłam na nieporadność Seung Huna, który nie potrafił nawet dobrze zagrać dramatyzmu i rozpaczy. To samo mogę powiedzieć o jego partnerce - Nanako Matsushima - która co prawda znajdowała się na poziomie wyżej w kunszcie aktorskim, jednak w równym stopniu była mało przekonująca. Pełna zażenowania patrzyłam również na Kirin Kiki, która próbowała pobić - z marnym skutkiem - Whoopi Goldberg. W tej produkcji najbardziej poruszająca była rola dziewczynki ducha - Mana Ashida. To aż przykre że dziecko pobiło całą dorosłą obsadę, mając zaledwie kilka linijek tekstu. 

Poziom zażenowania sięgnął jednak zenitu, gdy mordercę wciągnął asfalt. Westchnęłam tylko i szepnęłam - o matko bosko. Muzyka pozostawia wiele do życzenia - nie mamy tutaj porywającej ścieżki dźwiękowej, która potęguje doznania. Podsumowując. Film poniżej moich oczekiwań. Myślałam, że da się może coś wycisnąć. Robienie remaków nie jest złe, o ile robi się to dobrze i ma kapitalną obsadę, szczególnie do takiego filmu! W japońskim Ghoście tego nie uświadczysz. Niestety... 4/10. Zobaczyłam komentarz ja jednym z forów, że japońska wersja lepsza, bo ta z 1990 roku już się przejadła. Klasyki się nie przejadają powiem Wam. Za każdym razem zaskakują czymś innym. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz