sobota, 21 czerwca 2014

Friend, the Great Legacy [k-movie]



Szczerze, czegoś mi w tym filmie brakowało. I to nawet nie czegoś, bo mogę wymienić co bym zmieniła, a co zostawiła. Jestem pewna, że film przysporzył wielu emocji fanom Kim Woo Bina. Jak i reżyserzy pewnie nie zdawali sobie sprawy, że  trafią do nastoletniego grona odbiorców. Film został nakręcony przed jego rolą w Hajersach, gdzie nie oszukujmy się zdobył ogromną popularność, no ale również zasłużenie. 


Choi Sung Hoon wychowany, że w życiu musi polegać sam na sobie, a pięści są jedynym wyznacznikiem i przyjaźni i władzy, jako nastolatek nie wiedzie spokojnego życia. Chłopak trafia do więzienia na rok i poznaje tam Lee Joon Seoka, gangstera który kończy swoją odsiadkę. Lee Joon Seok wychodzi z więzienia powitany dość pokaźnym czarnym korowodem aut przez swoich pobratymców. Istnieje jednak problem tej kwestii, że podczas tych 17 lat wiele się zmieniło - również we władzach. Mężczyzna czuje, że powoli traci swoją pozycję na rzecz Eun Gi. Kiedy ze swojej odsiadki wychodzi Sung Hoon, Joon Seok werbuje chłopaka by ten pomógł mu w odzyskaniu gangsterskiego berła. W końcu są jako tako ze sobą powiązani. Matka Sung Hoona i jego zmarły ojciec znali się z Joon Seokiem. 

Film oglądało mi się szczerze  mówiąc średnio. Oczywiście starałam się trzymać w ryzach i nie fangirlować za bardzo, gdy widziałam na ekranie Woo Bina - który poradził sobie w tym filmie przyzwoicie. Nie wybijał się ponad innych aktorów swoim jestestwem, ponieważ w trakcie kręcenia jak już wspominałam nie miał aż takiej rzeszy fanek jak po nieszczęsnych Hajersach. Nie sposób jednak odmówić mu tego, że do roli gangstera nadawał się świetnie. To Azjata z kategorii "przerażająco pociągających". Cała jednak śmietanka aktorska biła z ekranu swoimi groźnymi minami, co momentami było wręcz komiczne jak dla mnie. 

Pierwszej części filmu nie oglądałam, a chyba powinnam bo to na tej głównej historii powiedzmy, że opiera się dwójka. Jednak mam wrażenie, że wiele mnie nie ominęło, bo to było tylko szczątkowe napomnienie fabuły z filmu z 2001 roku, a akcja tego filmu była czymś zupełnie osobnym, oprócz kilku zespajających elementów. Wracając jednak do samej fabuły. Niby dobrze napisany scenariusz, bo ogółem historia wydaje się ciekawa, dobrze dobrani aktorzy, więc co mi się tutaj nie podobało? Ano właśnie to, że zaczynając seans strasznie mi się on dłużył, potem ładnie przyspieszył i się wciągnęłam i nagle się skończył nie zaskakując w żadnej mierze. Bo kurcze, skończył się nijako, nudno, nieciekawie i bez sensu. Czyli poświęciłam dwie godziny filmu, który jak stwierdzam teraz miał rozwleczoną fabułę, aby zakończyć z niedosytem? To nawet nie była mocna, efektowna końcówka. Nawet nie efektywna. Po prostu nijaka. Do tego film mógłby być znacznie krótszy bez wątku Lee Cheol Joo, bo albo oglądałam nieuważnie, albo to mogło zostać pominięte, bo nijak wiązało się ze "współczesnością". No ale załóżmy, że to wszystko dla Joo Jin Mo

To co było plusem, to chyba brak efektownych scen walki, gdzie biją się i zabić nie mogą, czyli istna nieśmiertelność bohaterów i ich odporność na wszystkie ciosy. Jak już się bito, to nie było w tym nic z pięknie nagranego tańca i płynnego efektu, a po prostu bezlitosna bitka z kijami bejsbolowymi. Za dużo jednak samych pertraktacji, rozmów i statyczności. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz