czwartek, 26 czerwca 2014

Brain Man [j-movie]



Mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że obejrzałam całkiem ciekawy film. Produkcja z klasą, dobrymi aktorami, ciekawą historią i dobrze nakręcona. Aż momentami zapomina się, że to japońskie kino, bo niemal dorównuje zachodniemu.


Doktor Mariko jest psychiatrą, która obrała sobie za przedmiot badań dość kontrowersyjną metodę. Mianowicie - prowadzi terapię między zabójcami i rodzinami danych ofiar face to face. Nie wszyscy z aplauzem reagują na takie rozwiązanie, jednak metoda daje pożądane wyniki przy niektórych leczonych. W tym samym czasie w japońskim mieście grasują niebezpieczni terroryści. Dokonują oni ataków bombowych. Detektyw Chaya przez przypadek łapie jednego z nich - Ichiro Suzukę. Chłopak odpowiada półsłówkami i wydaje się nie odczuwać bólu. Aby móc go skazać, potrzebna jest analiza psychiatryczna. Podejmuje się tego doktor Mariko. Czy chłopak rzeczywiście jest zamieszany w zamachy, czy może obecność w kryjówce terrorystów miała inne znaczenie? 

Mimo że jest wiele aspektów, do których mam zastrzeżenia i tak oceniam ten film wysoko. To jeden z lepszych japońskich jakie dotychczas widziałam. Zacznijmy jednak od zalet. Dość ciekawa fabuła, na podstawie noweli - która zebrała również laury - Urio Shudo. Do tego dobrze nakręcony film, dorównujący tym zachodnim. Świetna scena walki w więzieniu, przy czym ubolewam że nie pokazano takich więcej. Całość została skupiona na rozmowach, analizie stanu psychicznego Ichiro, co jednak nie nudziło. Może nie licząc ostatnich scen w szpitalu opanowanego przez terrorystkę Noriko. Najciekawszym momentem był jednak powrót do dzieciństwa i wyjaśnienie całego systemu działania chłopaka. Bo w końcu to coś niecodziennego, że zwyczajne dziecko wręcz nie ma uczuć. Jest wybitnie zdolne, jednak tak tłumi swoje emocje, że zachowuje się jak robot, wykonujący polecenia i odpowiadający jedynie na pytania. 

I tutaj zaczynają się wady. Nie liczyłam w sumie na superkillera, jednak postać Ichiro było mało rozbudowana. Był w cholerę mądry, okej. Silny, okej. Opanował z książek sztukę zabijania, okej. I na tym kończy się cały jego fenomen. Co prawda smaczku nadawały jego małe odmiany, kiedy nagle się czymś przejmował, jednak nadal jego postać wypadała blado. Wyglądał jak myśląca kukła, chociaż sam Toma Ikuta próbował jakoś zagrać tajemniczego i mającego drugie oblicze. Również postać detektywa - Yosuke Eguchi - była sprowadzona do marginesu. Koleś pojawił się w wielu scenach, jednak był mało przekonujący jako ten dobry i stojący na straży prawa. A w ostatnich scenach zupełnie przestał odgrywać jakąkolwiek rolę, szkoda. Najlepszą okazała się być Yasuko Matsuyuki, jej postać naprawdę trafiła w mój gust, nie obyło się jednak od umoralniających gadek na sam koniec - swoją drogą to znacznie zniszczyło całą aurę filmu. Fumi Nikaido i Rina Ohta w roli psychopatek były chyba zbyt przerysowane, a ich motywacja była zbyt słabo wyjaśniona. Zabijały... bo miały takie widzimisię. Ot co! 

Brakowało mi chyba jeszcze jakiś większych potyczek słownych. Bo skoro zrezygnowano ze scen akcji w dużej mierze, widz powinien zostać zaskoczony inteligentnym, zwodniczym fortelem. Tutaj tego nie dostaliśmy, nie można jednak odmówić produkcji dobrego montażu i dobrych aktorów. Dlatego film się nie dłuży, ani nie jest nudny na dobrą sprawę. Potrafi zaskoczyć, jak i efekty specjalne zadowalają. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz