wtorek, 13 maja 2014

Queen In-Hyun's Man [k-drama]


To jedna z nielicznych dram - o ile takowe były, bo nie pamiętam - które oceniam tak wysoko, mimo znacznych i widocznych braków w aktorstwie. Fabuła nadrabia zdecydowanie. I oto mamy kolejną piękną historię o miłości, która porusza serce. 

 
Kim Bong Do to urzędnik ery Joseon, którego rodzina zostaje zamordowana. Po śmierci rodziny przyrzeka sobie, że zrobi wszystko, by uratować Królową In Hyun, nawet za cenę swojego życia. Yoon Wol to gisaeng oddana Kim Bong Doo, która drżąc o życie swojego byłego pana, ubłagała Mistrza z buddyjskiej Świątyni o stworzenie talizmanu. Ten właśnie talizman, chroniąc Boong Do w chwilach zagrożenia, pozwala mu się przenieść do 2012 roku. Za pierwszym razem Kim Boong Do trafia na plan filmowy, gdzie spotyka aktorkę grającą... Królową In Hyun. Jak potoczą się dalsze losy przybysza z ery Joseon i aktorki? Bong Do lawiruje między swoimi czasami a współczesnym światem, starając się dotrzymać obietnicy i przy tym przeżyć. 

Motyw przenoszenia się w czasie w 2012 roku - z tego okresu pochodzi drama - był dość oklepany i twórcy idąc wręcz na łatwiznę tworzyli kolejne dramy z tej serii. Tutaj mamy jednak bardzo dopracowany cały proces przeskakiwania między epokami. Cokolwiek Bong Do zrobi innego niż przewiduje normalna historia, to natychmiast zmienia się w zapisanych kronikach. Również korzystając z zasobów współczesności wie co zrobić i co się zdarzy oraz jak to bezboleśnie zmienić. Cieszę się na przykład, że nie wyskoczyli mi z takim mykiem, że telefon dzwonił w epoce Joseon. Zmiana ery nie była aż tak bardzo drastyczna, a i całość oglądało się jak dwie osobne dramy, które były powiązane poszczególnymi elementami. Co ważniejsze, oba czasy nie odstawały od siebie jakością. Mieliśmy i dobry sageuk i przyjemne współczesne romansidło. 

Nie mogę powiedzieć, że aktorstwo jakoś specjalnie mnie oczarowało. Wszystko jednak nadrabiało poszczególnymi scenami, które były dobrze wymyślone i oglądało się je tak, jakby widz sam przeżywał miłostki. Yoo In Na i Ji Hyun Woo stworzyli pasującą do siebie, realistyczną parę. Mimo tego, że główna postać była aktorką - czyli osobą pokazującą się we wszystkich tabloidach - ich relacja pozostała intymna, żyli dla siebie i sami. Co w znacznym stopniu uratowało tą dramę to również sceny pocałunków, których nie szczędzono widzowi i zapewniam, że nie był to wall kiss (ta drama pretenduje do jednej z lepszych z namiętnymi całusami). Brak ograniczenia aktorów i ich naturalność może wynikać również z tego, że po zakończeniu emisji aktorzy ujawnili się jako para. Może Yoo In Na nie jest jakąś wybitną aktorką i nieczęsto jej zachowanie po prostu mnie drażniło, jednak brawa dla niej w dwóch ostatnich odcinkach. Co jak co, ale odgrywanie zrozpaczonej najlepiej jej wychodzi. Dołączając do tego histeryczny wręcz płacz, sama nie pozostałam bierna w tym momencie. Najbardziej irytujący byli dla mnie Kim Jin Woo (Han Dong Min) i Ga Deuk Hi (Jo Soo Gyung), którzy stworzyli postacie skrajnie dziecinne i po prostu głupie. 

 
Początkowy montaż serialu bardzo mnie denerwował. Mianowicie kilka kadrów na ekranie, które rozstrajały i miałam wrażenie, że oglądam jakiś kiepski sitcom albo program rozrywkowy. To jednak poszło w niepamięć, kiedy obejrzałam dwa ostatnie odcinki. Świetnie przedstawiony motyw przypominania sobie przez główną bohaterkę jej amanta. Aż sama sobie się dziwię, że mimo wielu niedociągnięć drama naprawdę mi podeszła. Długo jej nie męczyłam. Odcinki za szybko się kończyły. Polecam każdemu. Przyjemna historyjka o miłości. 


1 komentarz:

  1. obejrzalam ją w 2 dni w wakacje pamiętam i też ogromnie mi się podobała. Główna dwojka przypadla mi do gustu i tak jak ty uwazam, ze dwa ostatnie odcinki byly naprawdę niesamowite :)

    OdpowiedzUsuń