poniedziałek, 5 maja 2014

Inspiring Generation [k-drama]



Drama KBS o największym budżecie tego roku, która miała porwać widzów w wir walk, intryg i zemsty... była niewypałem. Nadal nie obejrzałam ostatnich odcinków, a to dlatego że viki.com coś mi się buntuje. Płakać jednak nie zamierzam z tego powodu, bo mam już dość tej produkcji i patrzenie na coraz to nowy odcinek po prostu mnie męczył. Zakończenia w równym stopniu nie jestem ciekawa. Nic lepszego już na pewno nie zrobią. 


Akcja rozgrywa się koło 1930 roku, zaczynając od Korei. Sjin Jung Tae ma na utrzymaniu chorą siostrę, dlatego para się wszystkiego co wpadnie mu w ręce. Chłopakowi jednak najlepiej wychodzi dostawanie od kogo popadnie. Wkręca się do jednego z wioskowych gangów i tam działa - nadal obrywając. Jung Tae jest zakochany w Gaya, ta jednak poddana intrydze jest pewna, że to ojciec chłopaka zabił jego ojca. Przysięga zemstę i wyjeżdża z Shinichim do Japonii by się szkolić dla japońskiego gangu...

Wiedzcie, że to nawet nie połowa standardowego opisu fabuły. Nie ma jednak sensu zbytnio się rozpisywać, bo i tam z suchego tekstu niewiele zrozumiecie. Tą dramę trzeba zobaczyć, by obserwować jak ekipa zmarnowała potencjał tej dramy. A wierzcie, był on ogromny. 

Powrót do przeszłości, czyli początkowe odcinki uważam za jedne z lepszych, jak nie najlepszych w tej dramie. Może to dzięki zasłudze młodszej obsady, która oczywiście poradziła sobie o niebo lepiej od tej z "teraźniejszości". Ta drama wyglądała tak: pokazywano czasami Shin Jung Tae, jak sobie przypomniano to kobitki z głównej obsady. Całą resztę ciągnęli bohaterzy drugoplanowi, którzy przyćmili Kim Hyun Joonga, Lim Soo Hyang, Jin Se Yeon.  Śliczny trójkącik był beznadziejny, czy to w swojej grze aktorskiej, czy nawet jako bohaterowie których znali. Lim Soo Hyang, która grała Gaya/ę miała bezsensowne pobudki swojej zemsty, które jak dla mnie były nielogiczne. Aktorka sama z siebie ciągle pozostawała z jednym wyrazem twarzy i nieznośnym akcentem, tak więc nawet się ucieszyłam, że za dużo scen w dramie nie miała. Jin Se Yeon przeleciała mi jakoś w dramie, tak że była prawie niezauważalna i nie wniosła nic nowego, oprócz uganiania się za głównym bohaterem. O Kim Hyun Joongu chyba nie muszę dużo mówić. Słabo pociągnął swoją postać, bo sprawił że ta stała się dla mnie postacią epizodyczną. Jak już był na ekranie, to radził sobie słabo. Jedynie zagorzałe fanki będą piszczały na widok jego walk i pokazywania klaty. Ta drama potrzebowała silnego bohatera, aktora który poradzi sobie udźwignąć na barkach całość fabuły i wybije się ponad wszystkich innych aktorów. Tutaj tak się nie stało. Niestety. 

Skoro jednak główna trójka zdecydowanie nie dała rady, znajdziemy tutaj masę innych aktorów, którzy swoimi pomniejszymi rolami wydawali się ważniejsi niż główna postać. Żałuję nad Kim Jae Wookiem, który z dramy nagle zniknął i już więcej się nie pojawił. Moje serce skradł jednak Song Jae Rim, a gdy pojawiał się na ekranie, ja się budziłam z letargu.

Wydaje mi się, że to może wielość wątków i bardzo rozbudowana fabuła sprawiła, że serial po prostu nudził. Świetnym przerywnikiem były jedynie sceny walki, które rzeczywiście zrealizowane zostały bardzo dobrze. Najpierw mamy Koreę i to ten moment podobał mi się najbardziej. Później, gdy przenosimy się do Chin i fabuła zatacza koło i ponownie bohaterowie walczą o wpływy... to już jest cholernie nudno. Brakowało mi jeszcze ukazanie większej brutalności Japończyków. Co jak co, ale w tym okresie - jak i innych historii - ci się nie pieprzyli kalkulując zabić czy nie, po prostu to robili. Jednak rozumiem, byłoby to niepoprawne politycznie, skoro Japończycy i tak zostali przedstawieni jako ci źli. 

Plany uczynienia tej dramy genialną nie wypaliły. Za dużo bohaterów, za dużo wątków, nudne dialogi, słaba gra aktorska. To wszystko przyczyniło się do tego, że drama była kiepska. No i to zdecydowanie serial męski. Sceny walki, silni mężczyźni i ich groźny świat. Próbowano co prawda wprowadzić wątek miłosny, jednak było to tak bardziej z odskoku. Jak sobie przypomniano o damskiej części obsady, to wrzucali jakieś przeciągłe spojrzenie czy jakąś gadkę. Spójrzmy również na same kostiumy! Świetne, po prostu świetne. Przedpotopowe garnitury i to mieszanie się kultury tradycyjnej Azji z wpływem Zachodu. 

Podsumowując. Nie polecam, chyba że do pospania sobie. 24 odcinki to zdecydowanie za dużo. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz