czwartek, 1 maja 2014

Come Rain, Come Shine [k-movie]



Zwykły zjadacz chleba tego filmu nie zrozumie. Coś jednam musiało pójść nie tak, ponieważ produkcja przygotowana na Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Berlinie nie tylko mi nie przypadła do gustu i nie tylko ja uznałam ją za piekielnie nudną. Po deszczu przychodzi słońce... W tym przypadku, z każdą minutą było gorzej i na przejaśnienie się nie zanosiło, nawet mając na ekranie Hyun Bina - strasznie enigmatycznego swoją drogą. 


Ostatni dzień spędzony razem. O tym jest ten film. Żona informuje męża, że go zdradziła i od niego odchodzi, po pięciu latach małżeństwa. Wracają jak gdyby nigdy nic do domu i ten pomaga jej się pakować. 

Rozumiem ambitne, niskobudżetowe produkcje, które naprawdę mają sens. Ten film był dla mnie bezsensowny, nużący - przewijałam i przeglądałam fejsa w trakcie - i całkowicie nierealny. No bo, który normalny facet nie zareaguje konkretniej na fakt, że żona go zdradza i odchodzi? Para - tutaj nawet bezimienna, co jeszcze bardziej ukazuje film jako wypruty z emocji - zachowuje się jak każdego dnia. On podaje jej kawę, rozmawiają o pogodzie, sporcie, pracy, a w między czasie wspominają stare czasy i ona się pakuje. Iście sielankowy obraz, gdzie na równi z pokazywaniem aktorów, kamera brała pod uwagę przeróżne sprzęty domowe - co jak co, zakochałam się w ich kuchni. 

Szczerze? Gdybym wiedziała, że film będzie tak nudny, to nawet Hyun Bin by mnie nie przekonał. No i pewnie tak jak kobieta rzuciłabym w cholerę tak anemicznego, milczącego faceta, który jest totalną ciapą. Zgarbiony jak ostatnia sierota, odpowiadający półsłówkami i dewizą życiową w formie "Po co mam się denerwować, skoro to i tak nic nie zmieni". No kurcze... Żelazna logika nie do obalenia! Może po to, żeby pokazać swoją złość, emocje, uczucia? 

Ten film był aż za bardzo statyczny i pozbawiony muzyki (chyba, że odgłos deszczu mogę pod to podciągnąć). Powiedzmy, że to była nieodgadniona wizja reżysera, której nie zrozumiem... W tej produkcji istotnym atutem miała być gra aktorska. Oprócz tego, że charaktery postaci mi się nie podobały, muszę przyznać że aktorzy poradzili sobie dobrze w ich odegraniu. Hyun Bin rzeczywiście się sprawdził i do samego końca czekałam jednak na ten wybuch złości, a tak to snuł się jak upiór po domu, nie wiedząc co ze sobą zrobić i tylko mimika twarzy zdradzała go że faktycznie cierpi. Lim Soo Jung również była zadowalająca i para grała na równym poziomie. Widać było, że targają nią emocje, które jakoś chciały się uwolnić - np. ta marna próba walenia w pierś męża - i to małe niezdecydowanie, czy aby na pewno dobrze robi. 

No cóż. Co z tego, że aktorzy grali bardzo dobrze, skoro cała reszta jest przeznaczona jedynie dla koneserów. Mi film nie przypadł do gustu. Nie lubię takich miałkich produkcji, które powodują jedynie ziewanie i mimo że może mają jakieś przesłanie, do mnie ono nie trafia. Co jak co, jednak dobrze mi się przy nim drzemało. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz