sobota, 26 kwietnia 2014

A Company Man [k-movie]



Uwielbiam panów w garniturach. Uwielbiam panów garniturach po trzydziestce. Uwielbiam zajebiście przystojnych panów po trzydziestce, a jeśli do tego są Azjatami i grają killerów, to moje serce robi potężnego fikołka i znajduje się w stanie przedzawałowym. Tak więc mamy So Ji Suba. No i to chyba wszystko z zachwytów. Piękny Pan Azjata. 


Ji Hyeong  Do pracuje w firmie, która rzeczywiście zajmuje się eliminacją ludzi na zlecenie. Jest jednym z najlepszych i żyje jedynie pracą. Zdarza mu się pracować z Ra Hoon'em, którego ma za zadanie zabić po zakończonym zadaniu. Nie może się jednak przemóc i ratuje chłopaka, ukrywając go. Tym samym poznaje jego matkę - Yoo Mi Yeon - która swego czasu była piosenkarką, a Ji był jej fanem. Powiedzmy, że nawiązuje się między nimi uczucie (powiedzmy...) i awansowany Ji chce odejść. No cóż, jedną z dewiz firmy jest "zostajemy na  tej łajbie do samego końca". 

Co ma zrobić wobec tego biedny zabójca, który chce się uwolnić a mu nie pozwalają? No oczywiście, że urządzić sobie polowanko doliczając jako zwierzynę łowną wszystkich pracowników firmy. Uwaga! Dajcie mu broń, a wybije wszystkich i nawet nie zostanie draśnięty! Dobrze, trochę się pośmiałam, teraz do rzeczy. 


So Ji Sub gra sztywniaka, co zresztą jest adekwatne do jego roli. Udaje mu się nawet sypnąć jakimś żarcikiem czy dwoma, co choć odrobinę przełamuje smętny charakter jego postaci. Pod wpływem kobiety chce zmienić swoje życie (to taki bodziec, jak i jastrząb latający sobie po mieście), jednak jest bezwzględnie związany z firmą i jej interesami. Produkcji wiele brakuje do epickości chociażby Ahjussiego - to był rewelacyjny thriller sensacyjny - a ja nie mogę się wyzbyć porównywania obu filmów - chociaż jeden stały punkt jest, do którego nawet nie mam zamiaru się przyczepić, czyt. Pan  Azjata w garniaku. Zacznijmy od tego, że to był dobry początek. Wartka, dynamiczna akcja... która mogła zostać poprowadzona inaczej. Ledwie mija nam dobra scena, tak pół filmu to zwykłe udawane romansidło (bo chemii między bohaterami to jak ze świecą szukać) i problemy egzystencjalne głównego bohatera. Dopiero koniec broń wraca do łask i Hyeong Do uzbrojony w karabin maszynowy wbija do firmy i nie zostawia nikogo żywego. 


Zbyt dużo nudy w środku filmu. Dobre ujęcia walki wręcz (no albo z nożem). Średniej jakości sceny, kiedy kot nad koty wkracza do siedziby firmy i zabija wszystkich. Trochę taka płytkość wiejąca z całej produkcji. Można to było zrobić inaczej. Niemniej jednak... film dostaje ode mnie 7/10 i to tylko dzięki miłym widoczkom w postaci So Ji Suba - tylko gołej klaty mi zabrakło. Ahhh, warto również wspomnieć o Kim Dong Junie (członek ZE:A). Przewinął mi się jakoś tak bezkonfliktowo i nawet nie miałam wrażenia, że wcisnęli idola na siłę. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz