sobota, 15 lutego 2014

Running Man [k-movie]



Film z 2013, który powstał przy współpracy wytwórnią amerykańską 20th Century Fox, czyli mamy w tej produkcji wszystko co serwuje nam amerykańskie kino akcji. Jak dla mnie film stracił przy tym to, co lubię w koreańskim kinie. Trochę wątków komediowych, charakterystycznych dla Korei, jednak zbyt dużo lipnych efektów, wybuchów i fabuła, która nie wyróżnia się niczym. Takich filmów powstaje na pęczki i nie święcą tryumfów, ponieważ są zwyczajnie słabe. 

Było oczywiście kilka scen, które mnie urzekły, a nawet dwie czy trzy sceny, gdzie z miną niezrozumienia najpierw próbowałam rozszyfrować, o co chodzi, by wybuchnąć następnie śmiechem z komiczności czy kiczowatości. Był to niezmiernie nużący film, zbyt długi - bo trwający ponad dwie godziny - z powodzeniem można byłoby uciąć wiele scen i zrobić z tego dobre 1,5h przyswajalnego kina, gdzie nie nudziłabym się aż tak bardzo. 

Efektów specjalnych nie można zaliczyć do wysokich lotów. Za bardzo widać wpływ Amerykanów, którzy chcieli przerobić film na swoją rodziną produkcję, tylko że angażując wyłącznie koreańskich aktorów. Fabuła o niczym, wątki komediowe za bardzo gryzły się z tymi, które miały wzruszać czy szokować brutalnością. Widziałabym Running Man'a albo tylko jako komedię, albo jako film akcji. Łącząc wszystko mamy niespójny film, gdzie właściwie panuje jeden wielki chaos, a Koreańczycy latają nie wiedząc co ze sobą zrobić. A szczególnie jest to widoczne, kiedy pokazywane są sceny koreańskiej policji, która wydaje się niekompetentna do tego stopnia, że nie wie nawet jak trzymać broń. Film jest nieznośnym zlepkiem motywów charakterystycznych dla kina koreańskiego i amerykańskiego. 

Cha Jong Woo jest mechanikiem samochodowym, który wieczorami pracuje jako taksówkarz. Ma na swoim koncie również niechlubną przeszłość i syna Gi Hyuk'a, do którego nie potrafi dotrzeć. Przez przypadek staje się oskarżonym o morderstwo jakiegoś tam szpiega czy tam naukowca, który był w posiadaniu technologii. I tutaj zaczyna się problem, bo nagle wszyscy chcą go złapać, albo zabić, ponieważ wie zbyt dużo. Jong Woo w trakcie próbuje wybrnąć jakoś z sytuacji i oczyścić swoje imię, co niesie ze sobą kolejną dozę nieszczęść i śmierci, które może powinny być wstrząsające, jednak są jedynie kiczowate. 

Film ratują jedynie główne postacie, które jakimś cudem poradziły sobie w rolach. Shin Ha Kyun i Kim Sang Ho grali komediantów. I jeśli do pierwszego pasował taki wizerunek, bo grał główną postać, która ucieka i rzuca śmiesznymi dialogami, to Kim Sang Ho, grający fajtłapowatego komisarza nie przekonał mnie do siebie zupełnie. Jedynym katalizatorem była postać Lee Min Ho (tego młodszego, chociaż wiele fanek pewnie dało się nabrać przed seansem, że to ten z Hajersów), który grał młodego gniewnego, acz niezwykle inteligentnego chłopaka, który właściwie sam stara się dotrzeć prawdy i uratować ojca, ponieważ pomoc policji jest znikoma. 

 Źle rozegrana fabuła, źle rozmieszczona w czasie, za długa, ni to komedia ni film akcji. Zbyt wiele sprzeczności i elementów nie pasujących do siebie. Jedyne sceny, które zasługują na uwagę to te ucieczki. Były przezabawne i szkoda, że nie pozostawiono filmu właśnie w takim klimacie. 

Liczyłam na coś znacznie lepszego. Niech ci amerykanie nie pomagają Koreańczykom tworzyć filmów, bo wychodzi im to kiepsko. Oprócz tego, że w obsadzie mamy Azjatów, był to 4584085285485 film, który został stworzony pod realia Zachodnie. Czyli zwykła wybuchowa produkcja, gdzie nie wiadomo o co chodzi, a sceny walki i efekty kaskaderskie mają zrekompensować kiepską całość. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz