poniedziałek, 30 grudnia 2013

Geografia uczuć... czyli o serialach azjatyckich



                                                        
            Dramy azjatyckie mają to do siebie, że wciągają z niesamowitą mocą i kiedy już cię dosięgną, nie zdołasz im się oprzeć. Może dlatego, że są nagrywane w zupełnie innym schemacie, niż większość seriali, filmów, którymi raczy nas Zachodnia telewizja? Bardziej stonowane, momentami aż bijące nudą, albo uroczym zakochaniem, które rozwija się między dwoma bohaterami. Nie to co w serialach amerykańskich, gdzie tendencją jest „każdy z każdym, gdzie popadnie i jak najczęściej”, krótko mówiąc… seks bijący z monitorów. Uczucia są wyrażane subtelniej i delikatniej, oczywiście by nie zrazić ani nie demoralizować młodego odbiorcy.

            W stylu koreańskiej bajki o Kopciuszku.

            Chyba barwniej opisanej historii – mimo, że czasami zbyt banalnej, biorąc pod uwagę schematyczność koreańskich seriali – ze świecą szukać. Mimo, że często wiemy, co męski bohater w danej scenie zrobi, i tak z zapartym tchem obserwujemy tą zwalniającą akcję. Kilka rad, dla tych, którzy jeszcze nie wdrożyli się w cały system i dalej są nieświadomi.
            Jeśli w jednym z pierwszych odcinków dwójka para poznaje się i mamy do czynienia ze złym chłopakiem i nieśmiałą panienką, to już wiemy że to oni będą parą przewodzącą. Jeśli dodatkowo pokłócą się, zajdą sobie za skórę, to jasnym jest, że właśnie w tej chwili się w sobie zakochali i teraz przez szesnaście – w porywach do dwudziestu – epizodów, ich burzliwa miłość będzie się z „pełną” mocą rozwijać.
            Gdzieś w połowie reżyserzy dodadzą nam trójkącik, kiedy to najlepszy przyjaciel głównego bohatera, zdaje sobie sprawę, że jest zakochany w pięknej Azjatce. I cóż wtedy zrobić? Spokojny, miły i uroczy chłopaczek, będzie się starać o względy głównej bohaterki, nieba jej przychylając, służąc ramieniem, robiąc za kumpla do picia… tylko kumpla, bo zakochana i tak wybierze badboy’a.
            Pocałunki. Jeśli ktoś myśli, że można rozwodzić się nad intensywnością, pasją włożoną w kluczowy i pierwszy – mimo, że bohaterowie mają w dramie nawet po trzydzieści lat – pocałunek, myli się. Można co prawda znaleźć nieliczne dramy, gdzie kiss jest pełen żaru (Nice Guy), jednak większość romansideł opiera się na aktorach, którzy albo są bożyszczami nastolatek (Jang Geun Suk czy Lee Min Ho), albo członkami boysbandu (Yoochun z DBSK). Dlatego porządne pocałunki zwyczajnie nie wchodzą w grę i jakiekolwiek całusy, pojawiają się dwa, trzy razy w ciągu całej dramy. Żeby jednak zrekompensować widzom ich małą ilość, reżyserka powinna stawiać na jakość. Czy tak jest? Mimo wszystko można się przyzwyczaić, do scen, gdzie główna bohaterka staje jak wryta i zamienia się w efektywny słup soli, kiedy jej partner „całuje” ją w usta. Spowolnienie kamery, zbliżenie na zdziwione oczy całowanej i na usta, gdzie pocałunek zmienia się w przytknięcie ust do drugiej osoby. Romantycznie, nie ma co.
            Niegrzeczny bohater, jednak jak to oczywiście główna rola, zmienia się następnie w potulnego baranka, który nosi swoją lubą na tzw. „barana”, kiedy ta w dziwnych okolicznościach zasłabnie, skręci nogę czy zwyczajnie źle stąpnie. Noszenie w ramionach jest zbyt przestarzałe i nudne – stwierdzili scenarzyści. Kiedy facet nosi wybrankę na plecach, bliskość jest nieunikniona, a panie wzdychają do ekranów, rozpływając się nad tym, jaki to główny bohater jest troskliwy.
            A gdy trafimy na serial, w którym główna bohaterka przebiera się za dziewczynę, ogrom zabawnych sytuacji powoduje u nas ból brzucha z powodu śmiechu. A postać męska w pewnym momencie nawet zastanawia się, jak to jest być gejem, gdy zaczyna czuć coś do „chłopaka” ( „The 1st Shop of Coffee Prince”).

            Tajwańska siła pocałunków.

            Kiedy przejdzie się przez koreańskie dramy i to one zaczynają być naszym głównym wyznacznikiem co do wizji azjatyckiego kina, natrafiamy na tajwański serial i przeżywamy coś na kształt szoku. Naszym mózgiem targają sprzeczne uczucia i myśl: „To jednak Azjaci potrafią się całować?”. Tutaj reżyserzy dają pole do popisu aktorom i z oczyma jak pięć złotych, patrzymy na namiętne pocałunki i sceny, które z niewinnością nie mają nic wspólnego. Mimo jednak znacznych plusów, co do wyrażania uczyć w tajwańskich produkcjach, nie zawsze cały koncept może widzowi przypasować. Biorąc za przykład choćby „Devil Beside You”. Serial należy traktować z przymrużeniem oka, niektóre dialogi czy zachowania odstręczają tym, że scenarzyści starali się zrobić z niego komedię. Co za dużo to nie zdrowo i mamy ogromne poczucie komiczności całej produkcji, jak i akcji.

            Japoński korowód uczuć.

            Jeśli chodzi natomiast o japońskie seriale, czasami mamy wrażenie, że główna bohaterka przybiera jedną twarz. Czy jest szczęśliwa, czy zakochana, czy wściekła, wszystko sprowadza się do jednostajnego tonu, w jaki wyraża swoje emocje. To wszystko sprawia, że produkcja staje się mało atrakcyjna, a między główną parą nie ma ani grama iskrzenia, tak potrzebnego na ekranie. Seriale mają podobną formę do tych koreańskich i wyrażanie uczuć jest podobne. Zakochana niemal do ostatniego odcinka, nie chce się przyznać do uczuć jakie nią targają, podczas gdy główna postać męska stara się jak może, zdobyć jej względy. Pojawienie się drugiego osobnika, który chce zdobyć serce dziewczyny, jest nieodzownym elementem. Panowie stają w niepisane konkury i łypią na siebie nieprzychylnym okiem.
            Schematycznym, bo schematycznym przykładem może być „Koizora”. Emocje wyrażane przez główną bohaterkę, wołały o pomstę do nieba, gdy obserwowało się tą niedecydowana panienkę. Cichutka, bojąca się odezwać i nie potrafiąca – oprócz kwilenia – wyrazić tego co czuje. Nie mniej jednak, drama w ostatnich odcinkach powoduje płacz, nawet u tych z najtwardszymi i odpornymi serduchami.

            Powrót do Zachodniego kina…

            Po takiej dawce wrażeń azjatyckiego kina, powrót do zwykłych, nieczęsto brutalnych seriali w naszej telewizji, jest niemożliwy bez małego spaczenia. Przy każdej dosadnej klatce z pocałunkiem, robimy wielkie oczy i pełni szoku krzyczymy „Jak on mógł ją tak pocałować?”, niemal wcielając się w rolę ajummy, strzegącej moralności.
            Jak wspominałam na początku, uwolnienie się z tego kolorowego świata jest czymś niezwykle trudnym. Mimo wielu niedociągnięć i czasami dennej akcji, brniemy w to dalej, poznając coraz więcej i więcej, szukając gatunku, który w pełni nas zadowoli.
            Jednak i tak pragniemy przeżyć taką barwną przygodę, jak bohaterki dram, mając za partnera „Pana przystojnego”, z wypchanym portfelem i jeżdżącym najwyższej klasy autem, który gwiazdę z nieba by nam podarował. Wcielić się w jego ukochaną i żyć pełnią szczęścia, w luksusowo urządzonym mieszkaniu.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz